piątek, 5 marca 2010

Lekcja cierpliwości wg Beaty Pawlikowskiej

Beatą Pawlikowską jestem zafascynowana odkąd przeczytałam jej książki "W dżungli życia" a potem "W dżungli miłości" a następnie te książki pożyczałam moim pacjentom z grupy tak zwanej 'młodzieży z problemami' (tak jakby istniała kiedyś młodzież bez problemów lub kategoria wiekowa do rangi problemów była jakąś 'normą'-dygresja:)
Uważam że te książki powinny być obowiązkowymi lekturami dla wszystkich, bo naprawdę zmieniają spojrzenie na świat przez zmianę perspektywy kulturowo-cywilizacyjnej...
Beata Pawlikowska jeździ co roku do Ameryki Południowej i szczególnie lubi zagłębiać się w tropikalne puszcze, poznała empirycznie życie Indian i jest można powiedzieć pod wpływem czyli 'in spiro' :)
To ona mi pierwsza zapodała pomysł, że w naszej białej kulturze dominuje przysłowie 'w zdrowym ciele zdrowy duch' a według Indian jest dokładnie odwrotnie...
Ja tam nie wiem:)
Wiem, że prowadzimy ciągły wyścig z czasem i rzadko sobie uświadamiamy, że go nigdy nie wygramy i że być może lepiej się z nim jakoś dogadać zanim nasz prześcignie?
Mam fajny opis relacji z pierwszej ręki (Beaty Pawlikowskiej naturalnie;) oczekiwania na łódko-taksówkę w pobliżu Amazonki-cytuję:
"Wszyscy przybyli tu, aby c z e k a ć. To jest jedna z podstawowych umiejętności, jakie należy posiadać w Ameryce Południowej. Czeka się na spóźnionych gości i na spóźniających się gospodarzy, czeka się na towar, który miał dojechać przed tygodniem, czeka się na kierowcę autobusu, na list wysłany rok wcześniej, na opóźniony o kilka godzin odlot samolotu. Czeka się też na załatwienie każdej nawet najprostszej sprawy, bo złożone dokumenty muszą odleżeć pewien czas i odczekać aż pokryje je dostojny urzędniczy kurz. Nie ma pośpiechu. Czego się nie zrobi dzisiasj, zrobi się jutro. Zawsze przecież jest jakieś "jutro" (...)
Uroki źle działającego systemu, a raczej-należałoby powiedzieć-iluzji systemu, który polega na tym co się komu wydaje, że może nastąpić i co ostatecznie nie następuje, ponieważ zwykle zdarza się coś zupełnie nieprzewidzianego. A umiejętność życia tutaj polega na tym, żeby nie spodziewać się niczego, ale z wdzięcznością przyjmować to, co nadchodzi."

Czy to nie jest jakaś wyższa kultura niż ta "tu i teraz"?
Czy Horacy z tym całym carpe diem nie umarł zbyt młodo, żeby się tym nacieszyć?

O tym innym odczuwaniu czasu pisał też Kapuściński po pobytach w Afryce-jak czekał na autobus aż się 'napełni' ludźmi... I że on nie pojedzie zanim ludzie się nie zgromadzą i nikt tego nie określa w tym wymiarze pozornie fizycznym:)
Jak z "Lewe lewe love" Kazika "ten pociąg nie pojedzie jeśli ty w nim nie będziesz"
:)

Pamiętam ten luz z Hiszpanii-wszyscy się spóźniali wszędzie a najważniejszą porą dnia była sjesta i tego święta przestrzegał każdy z wyjątkiem 'wkurzonych turystów z Zachodu' ('to oburzające, że nie można teraz nic zjeść, jak to możliwe, że wszystko jest teraz pozamykane, mamo-ja chcę teraz pamiątki, masz mi kupić!')
hmm...
Pamiętam, że na żadnym przystanku nie było rozkładu jazdy, a autobusy jeździły jak wyszło i czasem przez pół godziny nie jechało nic, a potem pod rząd dwa o tych samych numerach:))
I to nie było prowincjonalne miasteczko, tylko Granada, całkiem duże miasto przepięknego rejonu Andaluzji... Pełne słońca i parków-i tylko w tych parkach można było wytrzymać w dzień w gruncie rzeczy (bo to było oczywiście lato:)

I jeszcze Pawlikowska:
"Czasem myślę, że na tym właśnie polega p r a w d z i w e życie: przestać się śpieszyć. Nie musieć nigdzie być ani iść. Nie mieć nic do załatwienia. Niczym się nie stresować. Nie musieć spełniać niczyich oczekiwań. Oddalić się od ludzi, od pracy, obowiązków. Zaznać całkowitego spokoju. Żyć w zgodzie ze sobą. Patrzeć w niebo i cieszyć się wolnością (...) Wydaje się, że potrafią to tylko Indianie i buddyjscy mnisi."

Ale można próbować się choć na chwilę do tego zbliżyć?
Wyłączyć telewizję, ogłuchnąć na wiadomości w radio i przestać na chwilę śledzić najnowsze wydarzenia w gazetach, tak jakbyśmy musieli wciąż być 'na bieżąco' i mieć zdanie na każdy temat, wypowiedzieć się, zająć stanowisko... Żadna decyzja polityczna i tak się nie cofnie od naszej dezaprobaty:) Szkoda czasu...

3 komentarze:

  1. Nie trafia do mnie takie funkcjonowanie jak w choćby Hiszpanii.Nie wiem nie byłem.Byłbym strasznie wkurzony gdyby ktoś spaprał mój plan bo sobie się spóźnił,nie zrobił itp.Może źle odbieram tego posta-zbyt dosłownie ale jakiś ład musi być.Paradoksalnie byłbym zdenerwowany takim luzem.Może po prostu zazdroszczę bo sam jestem spięty.Też wiadomo marzę o takim spokojnym świecie.Oczywiście ja się sam o taki nerwowy stan proszę.Ale nieco prawdy w tym jest.Wiele razy chciałem "wrzucić na luz" ale to dość krótkotrwałe.Marudzę.Po prostu więcej poćwiczę.Jestem jeszcze na niskim poziomie zdrowego funkcjonowania.Przy okazji-dałem komentarz do już zakurzonego posta o kabaretach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może chodzi o to, że w chaosie zewnętrznym pojawia się wewnętrzny ład paradoksalnie i dla odróżnienia, a w zewnętrznym 'ordnung muss sein' pojawia się chaos i obsesja, bo wszyscy się czują jakby byli 'pod kontrolą' i sami się wciąż kontrolują, a to zupełnie niepotrzebna strata energii i czasu, zbyt cennego przez bezpowrotność...
    Nie chodzi o to, żeby to ćwiczyć, wręcz przeciwnie-nie można 'wrzucić na luz' siebie w przeciwieństwie do biegów samochodu... Ludzie nie auta! Być może natomiast można w sobie odnaleźć taki kompletny brak potrzeby kontroli-taką chęć, żeby się uwolnić czyli zatrzymać na moment w jednym miejscu i poczekać, pooddychać i popatrzeć, żeby sobie zdać sprawę, że wszystko się dzieje bez naszego udziału, więc TO MOŻLIWE żeby na chwilę udziału nie brać... A potem znów brać a potem nie brać i w tych momentach przerw określić się samemu, w czym udział wziąć a w czym nie, bo nie będzie reklamacji, więc trzeba być uważnym i żyć jak najbardziej ze sobą w zgodzie (zgoda buduje:))
    Twój organizm sobie radzi bez Twojej kontroli, naprawdę! Nie musisz się 'starać', nie musisz 'ćwiczyć', najważniejsze, żebyś mu nie przeszkadzał czyli nie szkodził, nie ma czegoś takiego jak 'poziomy zdrowego funkcjonowania' to Twoja wyobraźnia... Nie musisz się nigdzie wspinać, serio serio!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam serdecznie :)

    Tak sobie rozmyślam ostatnio (zapewne to wynik przeziębienia i ogromu wolnego czasu spędzanego w domu). Może faktycznie byłoby dobrze zastosować się do rad Beaty Pawlikowskiej. Od lat czytam jej książki, podziwiam postawę, szanuję przekonania. Po cichu zawsze mówiłam sobie, że ona to ma szczęście. Ale chwilę, przecież każdy z nas może być swoim najlepszym przyjacielem! Dlaczego tak trudno jest zaufać samej sobie, czemu wywiązujemy się z tysięcy umów, a nie dotrzymujemy słowa danego sobie. Zycie płynie, a my kręcimy się wokół tych samych problemów, nic z nimi nie robiąc... Czy to nie chore i nieracjonalne? Kogo tak szczerze chcemy zadowolić? Społeczeństwo? A ja? co ja myślę o tym, co czuję, gdzie jestem i kim chcę być. STOP. Pora się zatrzymać...

    Pozdrawiam serdecznie
    Anna M.
    annamatysiak.blogspot.com

    :)

    OdpowiedzUsuń

SKOMENTUJ PROSZĘ!:)