piątek, 4 stycznia 2013

niewzywana

Odzywam się niewzywana nieświadoma obecności Adresata Słuchacza czy Referenta Przeczuwająca jedynie Jego istnienie Może gdzieś w splotach DNA-kodach niekodujących? Lub zaplątanego w ciałku Barra jako zbędny nadmiar? Na dodatek? Może jednak niezbędny, tylko ten brak czasu... Czy na pewno mam coś do powiedzenia? Że tęsknię za życiem w pełni, nie w połowie Nie w pół gwizdka, zagonionym od pierwszego do pierwszego Nie w bałaganie i nie w porządku Nie w niedospaniu i nie we śnie Tęsknię za przeżywaniem życia w zetknięciu z nim bezpośrednio Nie za czytaniem o życiu Ani za pisaniem o życiu Tęsknię za kochaniem się w życiu Kaleczeniem się nim i opatrywaniem ran Za prawdziwym płaczem, wyciem do księżyca Tęsknię i czekam Świadoma bezsensu czekania... Mimo wszystko

obecność Nieobecnej

Czy to pan wzywał mnie panie referencie? Tak koleżanko. Przyszła i na panią kolej. Musi się pani urodzić. Jak wszyscy. Jak każdy. Wiem, że wolicie nie być, znam was dobrze, witacie życie krzykiem-niech pani nie przeczy, zrobi pani to samo całym gardłem, jakie jej będzie dane. A przecież gwarantuję nieodrodną śmierć, w czym nie zawiodłem, jak dotąd, nikogo. Niech sobie pani idzie już. Dowód nietożsamości pozostaje u mnie. Nic nie trzeba brać z sobą, zresztą-między nami- cokolwiek jest, jest tylko tam. I to nie tylko jest, ale jest w obfitości! Świat będzie pani miała nawet za plecami! Wystarczy go! Na wszelkie ukryte szczegóły! Widoki przeoczone! Przesłyszane głosy! Na rozrzutny ciąg dalszy! Pozory! I na mnie! Bo i ja jestem stamtąd, koleżanko. Przybywam i ubywam, zjawiam się i znikam w słowach, które powstają tylko tam. Przyznaję, że to lżejszy byt od czekających panią przygód z krwi i kości, na ogół jednak wszyscy wciągacie się jakoś, piszecie nawet wiersze pod trzema gwiazdkami, chociaż kusa to liczba jak na taki świat. Niech sobie pani idzie już. Tylko na miejscu można znaleźć miejsce. Podczas ziemi. Podczas wody. Podczas słońca chwilowego, które rozpoznawczo błyska na trawie aż do przesady prawdziwej. I zwykłej-jak mówią usta. WISŁAWA SZYMBORSKA

wtorek, 31 lipca 2012

o skrzypcach:)

Skrzypce są nagie. Mają chude ramionka. Niezdarnie chcą się nimi zasłonić. Płaczą ze wstydu i zimna. Dlatego. A nie, jak twierdzą recenzenci muzyczni, żeby było piękniej. To nieprawda. -Z.Herbert

piątek, 20 kwietnia 2012

Patrząc na GRACZY:)

Czas mija i nie nadąża za wydarzeniami... ach, odwrotnie-wydarzenia nie pozostawiają chwili na refleksję, a co dopiero na opis! Się wyszło ze szpitala i się skończyło opisywanie niedorzecznej rzeczywistości czy nierzeczywistości dorzecznej:) Ale teraz patrzę na graczy i spróbuję to jakoś konstruktywnie wykorzystać, bo i tak jestem uwięziona w tym miejscu (i czasie;) Noo-mogłabym iść spać do Krzysia i udawać, że się obudził a ja muszę go uspokajać, ale wtedy czytałabym książkę i szybko nad nią zasnęła ze zmęczenia, więc nic by z tego konstruktywnego nie było (chyba że moje ego cielesne;)) i jakoś tak głupio, goście przyszli... Mój mąż zaprosił liczne grono znajomych (twierdzi, że się sami zaprosili;) i dowiedziałam się o tym dziś. Pięć dni temu wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, pełno rzeczy jeszcze nierozpakowanych i już parapetówa?!!!! No ale kolega dostał w prezencie ślubnym "Grę o Tron" od innego kolegi i jego dziewczyny (obecnych tu oczywiście:) i trzeba było ją spróbować... Zasady tłumaczył prawie pół godziny (a resztę w trakcie gry) Ja w tym czasie pilnowałam, żeby Krzyś jednak nie wchodził na środek planszy, na której już były różne karty, statki, łodzie, wpływy i wsparcia a Krzyś mi po kolei wszystko przynosił i był z siebie strasznie dumny... Potem tańczył i mówił bardzo dużo w swoim narzeczu, ale oni byli zajęci i tacy strasznie niezrozumiale dorośli... A tak naprawdę bawią się jak dzieci, tylko zabawa jest bardziej skomplikowana, właściwie nawet udaje inteligentną, znaczy daje wrażenie, że homo sapiens posługujący się nią-muszą inteligentni być. Niewątpliwie! Ale co z tego? Nic się nie zmieni, nikt nie planuje zamachu stanu ani rewolucji ekologiczno-antyprzemysłowej:( Kto to ostatnio pisał, że nie potrafi być optymistą i udawać, że "wszystko będzie dobrze" gdy patrzy na "świat"??? Zaraz, zaraz, to był jakiś współczesny amerykański pisarz, którego wyróżnił "Times"-już znalazłam jego nazwisko-Jonathan Franzen-jego ostatnia powieść "Wolność" jest właśnie u szczytu popularności w AMERYCE:) Czyli w Empiku;)) Więc on mówił, że jak patrzy na świat, to ma najgorsze przeczucia-że będziemy w kolejnych pokoleniach jedynie świadkami coraz większego zniszczenia środowiska z niewiadomymi konsekwencjami tego dla nas samych... I ja mam podobne spojrzenie, tylko próbuje się zarazić od inaczej patrzących i wszystkich 'przy nadziei', bo takie beznadziejne spojrzenie niczego nie zmienia i zupełnie nie można takiego mieć, jak się jest rodzicem... Ale co mam zrobić, jak patrzę na naszych mięsożernych znajomych, którzy bywają bardzo inteligentni i wykorzystują tę cechę do grania w gry strategiczne (jak nie na planszy, to na komputerze), do uczenia się kolejnego języka obcego czy obmyślania intratnych biznesplanów... Nic nie mogę im zarzucić, na tym polega właśnie wolność, ale jak mnie wkurza ta ich wolność! To beztroska tej strony świata, na którą dociera nadmiar z nadprodukcji żywności i nadmiar z nadprodukcji dóbr materialnych, a ludzie mają czasem czas, żeby się spotkać i... grać. Jesteśmy w Polsce. XXI wiek. Mamy demokrację i jesteśmy w Unii Europejskiej, czego więcej moglibyśmy chcieć? Artur Rojek odchodzi z Myslovitz, a Trójka obchodzi trzydziestolecie Listy Polskich Przebojów... Wszystkie wydarzenia są lokalne i subiektywne! Jest za dużo ludzi, żeby można było myśleć o 'wspólnocie' i o tym, że jest COŚ, co dotyczy WSZYSTKICH, chociaż niby kręcimy się na tej samej kulce... Kto jeszcze o tym myśli? Czy komuś ta wiedza daje poczucie więzi z innymi stworzeniami czującymi??? Poczucie odpowiedzialności za los 'braci mniejszych i większych'? Ach, upiję się...

wtorek, 6 marca 2012

widok z dachu:)

Gdybym miała kabelek do przesyłania treści z komórki na notbuka (if not buk-I don't know?!;) to umieściłabym tu zdjęcie prosto z dachu szpitala Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych, bo sobie strzeliłyśmy nawzajem z koleżanką, jak strzeliło nam do głowy, by na dach wyjść... To chyba był mój pomysł, ale nie zarzekam się-wyszłam pierwsza, ale koleżanka "Emila" (imię zmienione i wszelkie podobieństwa do autentycznej postaci jest czystym przypadkiem;) pobiegła do przodu śmiejąc się do rozpuku. Jak my się śmiałyśmy!!! Śmiałyśmy i wrzeszczałyśmy z góry, że mamy już dość tego szpitala:)) Wyjście na dach jest wyzwalające! Wyzwala uczucie wolności i niezależności w obliczu szpitalnego zniewolenia... Wydaje się, że można nawet wygrać z GRAWITACJĄ!:) To ja odkryłam, że jak się wejdzie na sam szczyt szpitala, to jest taka nadbudówka w tym miejscu i wchodząc jeszcze wyżej pod drzwi z napisem 'maszynownia', widać dach z kominami, panoramę Gdańska z piękną złotą obręczą czyli nową PGE-Areną a dalej morze i przy ładnej pogodzie nawet Półwysep Helski... Odtąd wchodzimy tam codziennie mówiąc, że 'idziemy nad morze' ale dopiero wczoraj zachciało nam się otworzyć okno (przymknięte cegłówką i mające sprawiać wrażenie zamknięcia na kłódkę-ale to może na kimś bardzo niedowidzącym;) i wyjść na zewnątrz, ponieważ piękna pogoda była, a do wyjścia wystarczył jeden krok-no to się wiele nie zastanawiałam (w ogóle obawiam się, że mogłam tego nie zrobić?:) i to było świetne!!!:) Zdjęcie to będzie ostatnim argumentem dla pani ordynator, do której wybieram się w poniedziałek, żeby powiedzieć, że muszę już wyjść nawet jeśli ona nie ma tego samego zdania... Po prostu nie może tak być, że pacjenci oddziału zakaźnego łażą po dachach jak jakieś koty! A nawet koty tak wysoko nie wchodzą!:)) To nie uchodzi i dlatego należy nas jak najszybciej wypisać, bo to może być wstyd na całe miasto, na województwo, na cały kraj być może! Być morze...
Nad morzem byłam w weekend, bo było cudne słońce i błękitne niebo, więc nie mogłam tu siedzieć przecież. Pies z kulawą nogą się nie zainteresował;)) Nie żebym tak bardzo chciała się komuś z czegoś tłumaczyć, ale jakiś cień szansy na zwolnienie dyscyplinarne by się pojawił, a tu nic;)) Wprawdzie odkąd mieszkamy razem z dziewczynami, nasze samopoczucie znacznie się poprawiło, ale doprawdy trudno już wytrzymać na tych pręciastych łóżkach wśród nocnych hałasów z góry (dziecięcy oddział chorób zakaźnych)z dala od naszych osobistych facetów i dzieci... Zbyt dobrze się czujemy, żeby tu długo jeszcze wytrzymać. Będzie na mnie, że namówiłam do złego, ale jestem do tego przyzwyczajona. Wszak już w podstawówce katechetka ogłosiła rodzicom na zebraniu, żeby swoje dzieci z dala ode mnie trzymały, bo jestem szatańskim dzieckiem i na dobre się ze mną nie wychodzi! Moja biedna mama musiała takich bzdur wysłuchiwać, no przywaliłabym tej katechetce jakbym wiedziała! (a przecież nigdy jej tak naprawdę nie przywaliłam, nikomu zresztą, nawet jak miałam ochotę-czyli nie jestem taka bez reszty zła-wbijam noże wyłącznie w wyobraźni, strzelam tylko z palca lub palcami, nie realizuję WSZYSTKICH głupich pomysłów...no:) Reszta jest milczeniem.

niedziela, 19 lutego 2012

CORAZ BLIŻEJ ZWOLNIENIA DYSCYPLINARNEGO!:)))

Nie, to wcale nie dlatego, że w Tłusty Czwartek pojechaliśmy z Pawłem zobaczyć mieszkanie (bo ja nie widziałam efektów pracy naszego stolarza i strasznie już byłam ciekawa) i piękne jest (gdyby nie stos naszych rzeczy na sobie:)) Także nie dlatego, że wczoraj w 'OSTATKI' poszliśmy sobie do kina na 'Sponsoring' (bo chciałam zobaczyć Juliette Binoche, bo ją bardzo lubię i cieszę się, że zobaczyłam, film jest świetnie zrealizowany) ale to także pozostało niezauważone;) No dobra-aż tak się nie staram, bo wychodzę bocznym wyjściem i nim wracam, a mogłabym dzwonić domofonem i machać do pielęgniarek w dyżurce... Wybrykiem okazała się być pizza, którą zamówiłyśmy sobie z dziewczynami na kolację, bo tak nas jakoś poniosło w tę ostatnią sobotę karnawału... Pizza z pieczarkami, koleżanka nie musiała już tłumaczyć adresu ('ul. Smoluchowskiego-tak, tak, wiemy, sala numer 425, Was tam chyba w ogóle nie karmią?')
Przyjechał znajomy pan i dzwoni domofonem, akurat był taki niesympatyczny duet pielęgniarski-i one do niego-'A do kogo pan tu przyjechał?'; 'To chyba jakaś pomyłka' a my krzyczymy spod naszej sali-że 'tutaj, tutaj, to do nas!' a pani pielęgniarka- 'a wy otrzymujecie kroplówki z glukozy?' (to na wątrobę ewentualnie:) a my-'nieee' a ona- 'a nie wiecie, że pizza jest bardzo ciężkostrawna i też obciąża wątrobę?!' (a my mamy jeszcze zdrowe wątroby lub miałyśmy do wczorajszej pizzy;) więc ja jej na to (a to ciągle przez cały korytarz, bo nikt do nikogo się nie pofatygował:) 'to może mi pani coś załatwi na kolację, bo ja tu dostaję codziennie chleb z dżemem i potem jakoś głodna jestem' -pani pe-'a ja nic do tego nie mam' no i ja-'a widzi pani' w między czasie koleżanka zapłaciła panu z pizzerii, odebrała naszą pizzę i schowałyśmy się do sali. Pizza była taka sobie, ale ciepła i miała pieczarki, więc można było ją zjeść (ja wiem, że to zupełnie nie jest zdrowa kolacja ale przecież raz na rok jest ostatnia sobota karnawału a za nią już tylko post i post i post:) Około godziny 22 weszła do nas pani pielęgniarka i opieprzyła, że za głośno się zachowujemy (nie tańczyłyśmy, nie, nie, nie śpiewałyśmy gromkimi głosami także, po prostu rozmawiałyśmy i wybuchałyśmy co chwilę śmiechem jak co wieczór-nigdy nikt nie zwrócił nam uwagi!) a jest przed ciszą nocną i niektórzy już chcą spać a przez nas na pewno nie mogą (chciałam jej powiedzieć, żeby im powyłączała telewizory, bo mogą im też przeszkadzać, a oni o tym nie wiedzą, ale się mężnie powstrzymałam) Wyszła, więc obgadałyśmy ją po cichu, ja poszłam po ręcznik i kosmetyczkę, żeby się wykąpać, wróciłam i jeszcze usiadłam, bo tam się nie da inaczej, a panie pielęgniarki o 22 zapalają 'zabójcze lampy' czyli ultrafioletowe lampy bakteriobójcze w przedsionkach do każdej sali-i oczywiście znowu do nas włazi i do mnie po nazwisku-że mam wracać na swoją salę. A ja, że za chwilę, bo muszę się jeszcze wykąpać, a ona, że nie mogę się kąpać, bo jest już cisza nocna, a ja, że ja się bardzo cicho kąpię (tutaj nie śpiewam pod prysznicem) a ona, że taki jest regulamin. A ja-'czy w regulaminie jest zapis, że nie można się kąpać po 22?' a ona-'po 22 każdy pacjent powinien znajdować się na swojej sali i proszę tam natychmiast wracać'-wstałam i wyszłam (ale tętno mi się podniosło, więc poszłam sobie poćwiczyć moje rehabilitacyjne ćwiczenia oddechowe:) ale oczywiście wszystko tam zostawiłam i wiedziałam, że zaraz wrócę. Podczas ćwiczeń obmyślałam zemstę i się bardzo odprężyłam:) Najpierw chciałam na poważnie pani rzec, że 'nikomu tu dotąd nie przeszkadzało nasze przebywanie w trójkę ani to, że się kąpię po 22 a zawsze tak jest i pani jest pierwszą i jedyną osobą, której to przeszkadza, więc musi się pani głęboko nad sobą zastanowić, bo to oznacza, że problem jest w pani i może skontaktować z najbliższą poradnią psychologiczną...' Potem jakby się wkurzyła, to myślałam, że też się wkurzę i powiem, że jak chcę, to ja naprawdę mogę sprawiać dużo problemów i wzywać ją przez całą noc, bo jak mnie tak zdenerwowała, to ja i tak na pewno nie zasnę, więc pani też nie zaśnie, zapewniam panią;) Potem pomyślałam, że mogę zadzwonić po nią i powiedzieć, że mi się przypadkiem włączyło i nie wiem jak to wyłączyć, a ja chciałam lampę zapalić... Potem, żeby zebrać resztę śniegu z parapetu, wezwać i rzucić w nią kulkę i zawołać 'bałwan!' ale najlepszy pomysł wpadł mi podczas moich ćwiczeń, bo dołączam do nich odrobinę jogi i mam taką pozycję, która mi wychodzi w pełni tylko wieczorem, jak jestem dobrze rozgrzana i rozciągnięta-to jest zarzucenie nóg za głowę tak że kolana są przy ramionach a głowa między kolanami i jestem zwinięta jak ślimak i chciałam ją wtedy wezwać i powiedzieć, że się zaplątałam i nie mogę sobie poradzić i że chciałam tylko się tak przewrócić i widzi pani-zupełnie mnie pogięło:) Jak opowiadałam to Pawłowi, to moja współsalowiczka zaczęła się tak śmiać (a ja szeptem opowiadałam, a ta kurde-podsłuchuje!:) i powiedziała, że to ona by wezwała i powiedziała, że 'sąsiadka się zaplątała i tak leży od 15 minut i się nie rusza a ona nie jest pewna, czy ja oddycham' -to było dobre, to naprawdę było dobre. Naśmiałam się dziś w nocy! A głupich piguł nie wezwałam, bo patrzeć na nie nie mogę i i tak mi przyszły zmierzyć rano temperaturę o szóstej (a ja już od dwóch tygodni nie mam mierzonej, bo nie gorączkuję!) co za pindy mściwe! Nie nakryły mnie na nocnej kąpieli ale może podejrzewały, że i tak zbiegnę ze swojej sali. A mogłyby się zająć paleniem w łazience na korytarzu... piciem po salach (od niektórych pacjentów tak 'wali' że nie ma wątpliwości, że sobie 'poużywali') ale nie, regulamin to regulamin!

wtorek, 14 lutego 2012

Walentynki:)

Dobrą stroną szpitala jest fakt, że można z niego zniknąć na trzy godziny i to będzie NIEPOSTRZEŻONE ZNIKNIĘCIE:) Nieważne, że o 16 pielęgniarki powinny zmierzyć wszystkim temperaturę a koło 17 jest obchód wieczorny, ale wydaje się, że im mniej jest pacjentów, tym lepiej, bo nie trzeba sobie nimi głowy zawracać i nikt się nie interesuje pustym łóżkiem (zresztą mnie na nim w dzień i tak prawie nie ma;)
Rzeczywiście udało mi się wymknąć i zostałam porwana przez mojego ukochanego męża nad morze na romantyczny spacer po zaśnieżonej plaży wśród wygłodniałych mew i łabędzi, które rzucają się na każdego potencjalnego 'chlebodawcę' :) PIĘKNIE BYŁO!!!
Dziś na Pomorzu słońce i ciepło, morze spokojne, niemal bezwietrznie:)
Potem zjadłam pyszny obiad (niepalona kasza gryczana, quinoa czyli komosa ryżowa, fasolka Mung, warzywa duszone-tj.marchewka, pietruszka, seler, por i jabłko plus oliwa z oliwek i przyprawy prowansalskie-pycha, pycha, pycha!) w tawernie nadmorskiej, w której dostałam drinka gratis (z okazji Walentynek:) Oczywiście obiad pochodził z domu i zrobił go dla mnie Paweł a drinka musiałam oddać jakiemuś kolesiowi ze stolika nieopodal, bo nie mogę teraz ani grama alkoholu... A szkoda bo ładnie wyglądał choć głównie się składał z lodu;) ale był kolorowy i miał jakieś owoce w środku i lód rozproszony na brzegach szklanki:)
Widzieliśmy parę, która weszła do wody-on był jakimś południowcem, przynajmniej Mulatem a ona biała i bardziej wrażliwa na zimno-trochę nerwowo skakała w wodzie i potem przy wycieraniu, a on szedł niewzruszenie-taki prawdziwy facet-zanurzył się, odwrócił i wrócił spokojnym krokiem, potem powoli sięgnął po ręcznik, przyłożył tylko, nawet nie wytarł się do końca i już zaczął ubierać koszulkę;))
Ale to musi być frajda się tak wykąpać, choć jak dla mnie byli zdecydowanie za krótko i nawet się nie przepłynęli, a to bez sensu;) Moim marzeniem jest zamówić sobie wizytę w saunie obok plaży i potem prosto z sauny pobiec do morza... Czekam tylko na kompanów do realizacji tego planu, bo samemu to jakoś dziwnie i sauna droga;)) Ale dziś się nie wykąpałam, bo nie wiem jak by to się miało do mojej dalszej tutaj rekonwalescencji;)) No i ręcznika nie miałam-to też mnie tłumaczy:)
Cudowne Walentynki można sobie urządzić!!!