wtorek, 31 lipca 2012

o skrzypcach:)

Skrzypce są nagie. Mają chude ramionka. Niezdarnie chcą się nimi zasłonić. Płaczą ze wstydu i zimna. Dlatego. A nie, jak twierdzą recenzenci muzyczni, żeby było piękniej. To nieprawda. -Z.Herbert

piątek, 20 kwietnia 2012

Patrząc na GRACZY:)

Czas mija i nie nadąża za wydarzeniami... ach, odwrotnie-wydarzenia nie pozostawiają chwili na refleksję, a co dopiero na opis! Się wyszło ze szpitala i się skończyło opisywanie niedorzecznej rzeczywistości czy nierzeczywistości dorzecznej:) Ale teraz patrzę na graczy i spróbuję to jakoś konstruktywnie wykorzystać, bo i tak jestem uwięziona w tym miejscu (i czasie;) Noo-mogłabym iść spać do Krzysia i udawać, że się obudził a ja muszę go uspokajać, ale wtedy czytałabym książkę i szybko nad nią zasnęła ze zmęczenia, więc nic by z tego konstruktywnego nie było (chyba że moje ego cielesne;)) i jakoś tak głupio, goście przyszli... Mój mąż zaprosił liczne grono znajomych (twierdzi, że się sami zaprosili;) i dowiedziałam się o tym dziś. Pięć dni temu wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, pełno rzeczy jeszcze nierozpakowanych i już parapetówa?!!!! No ale kolega dostał w prezencie ślubnym "Grę o Tron" od innego kolegi i jego dziewczyny (obecnych tu oczywiście:) i trzeba było ją spróbować... Zasady tłumaczył prawie pół godziny (a resztę w trakcie gry) Ja w tym czasie pilnowałam, żeby Krzyś jednak nie wchodził na środek planszy, na której już były różne karty, statki, łodzie, wpływy i wsparcia a Krzyś mi po kolei wszystko przynosił i był z siebie strasznie dumny... Potem tańczył i mówił bardzo dużo w swoim narzeczu, ale oni byli zajęci i tacy strasznie niezrozumiale dorośli... A tak naprawdę bawią się jak dzieci, tylko zabawa jest bardziej skomplikowana, właściwie nawet udaje inteligentną, znaczy daje wrażenie, że homo sapiens posługujący się nią-muszą inteligentni być. Niewątpliwie! Ale co z tego? Nic się nie zmieni, nikt nie planuje zamachu stanu ani rewolucji ekologiczno-antyprzemysłowej:( Kto to ostatnio pisał, że nie potrafi być optymistą i udawać, że "wszystko będzie dobrze" gdy patrzy na "świat"??? Zaraz, zaraz, to był jakiś współczesny amerykański pisarz, którego wyróżnił "Times"-już znalazłam jego nazwisko-Jonathan Franzen-jego ostatnia powieść "Wolność" jest właśnie u szczytu popularności w AMERYCE:) Czyli w Empiku;)) Więc on mówił, że jak patrzy na świat, to ma najgorsze przeczucia-że będziemy w kolejnych pokoleniach jedynie świadkami coraz większego zniszczenia środowiska z niewiadomymi konsekwencjami tego dla nas samych... I ja mam podobne spojrzenie, tylko próbuje się zarazić od inaczej patrzących i wszystkich 'przy nadziei', bo takie beznadziejne spojrzenie niczego nie zmienia i zupełnie nie można takiego mieć, jak się jest rodzicem... Ale co mam zrobić, jak patrzę na naszych mięsożernych znajomych, którzy bywają bardzo inteligentni i wykorzystują tę cechę do grania w gry strategiczne (jak nie na planszy, to na komputerze), do uczenia się kolejnego języka obcego czy obmyślania intratnych biznesplanów... Nic nie mogę im zarzucić, na tym polega właśnie wolność, ale jak mnie wkurza ta ich wolność! To beztroska tej strony świata, na którą dociera nadmiar z nadprodukcji żywności i nadmiar z nadprodukcji dóbr materialnych, a ludzie mają czasem czas, żeby się spotkać i... grać. Jesteśmy w Polsce. XXI wiek. Mamy demokrację i jesteśmy w Unii Europejskiej, czego więcej moglibyśmy chcieć? Artur Rojek odchodzi z Myslovitz, a Trójka obchodzi trzydziestolecie Listy Polskich Przebojów... Wszystkie wydarzenia są lokalne i subiektywne! Jest za dużo ludzi, żeby można było myśleć o 'wspólnocie' i o tym, że jest COŚ, co dotyczy WSZYSTKICH, chociaż niby kręcimy się na tej samej kulce... Kto jeszcze o tym myśli? Czy komuś ta wiedza daje poczucie więzi z innymi stworzeniami czującymi??? Poczucie odpowiedzialności za los 'braci mniejszych i większych'? Ach, upiję się...

wtorek, 6 marca 2012

widok z dachu:)

Gdybym miała kabelek do przesyłania treści z komórki na notbuka (if not buk-I don't know?!;) to umieściłabym tu zdjęcie prosto z dachu szpitala Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych, bo sobie strzeliłyśmy nawzajem z koleżanką, jak strzeliło nam do głowy, by na dach wyjść... To chyba był mój pomysł, ale nie zarzekam się-wyszłam pierwsza, ale koleżanka "Emila" (imię zmienione i wszelkie podobieństwa do autentycznej postaci jest czystym przypadkiem;) pobiegła do przodu śmiejąc się do rozpuku. Jak my się śmiałyśmy!!! Śmiałyśmy i wrzeszczałyśmy z góry, że mamy już dość tego szpitala:)) Wyjście na dach jest wyzwalające! Wyzwala uczucie wolności i niezależności w obliczu szpitalnego zniewolenia... Wydaje się, że można nawet wygrać z GRAWITACJĄ!:) To ja odkryłam, że jak się wejdzie na sam szczyt szpitala, to jest taka nadbudówka w tym miejscu i wchodząc jeszcze wyżej pod drzwi z napisem 'maszynownia', widać dach z kominami, panoramę Gdańska z piękną złotą obręczą czyli nową PGE-Areną a dalej morze i przy ładnej pogodzie nawet Półwysep Helski... Odtąd wchodzimy tam codziennie mówiąc, że 'idziemy nad morze' ale dopiero wczoraj zachciało nam się otworzyć okno (przymknięte cegłówką i mające sprawiać wrażenie zamknięcia na kłódkę-ale to może na kimś bardzo niedowidzącym;) i wyjść na zewnątrz, ponieważ piękna pogoda była, a do wyjścia wystarczył jeden krok-no to się wiele nie zastanawiałam (w ogóle obawiam się, że mogłam tego nie zrobić?:) i to było świetne!!!:) Zdjęcie to będzie ostatnim argumentem dla pani ordynator, do której wybieram się w poniedziałek, żeby powiedzieć, że muszę już wyjść nawet jeśli ona nie ma tego samego zdania... Po prostu nie może tak być, że pacjenci oddziału zakaźnego łażą po dachach jak jakieś koty! A nawet koty tak wysoko nie wchodzą!:)) To nie uchodzi i dlatego należy nas jak najszybciej wypisać, bo to może być wstyd na całe miasto, na województwo, na cały kraj być może! Być morze...
Nad morzem byłam w weekend, bo było cudne słońce i błękitne niebo, więc nie mogłam tu siedzieć przecież. Pies z kulawą nogą się nie zainteresował;)) Nie żebym tak bardzo chciała się komuś z czegoś tłumaczyć, ale jakiś cień szansy na zwolnienie dyscyplinarne by się pojawił, a tu nic;)) Wprawdzie odkąd mieszkamy razem z dziewczynami, nasze samopoczucie znacznie się poprawiło, ale doprawdy trudno już wytrzymać na tych pręciastych łóżkach wśród nocnych hałasów z góry (dziecięcy oddział chorób zakaźnych)z dala od naszych osobistych facetów i dzieci... Zbyt dobrze się czujemy, żeby tu długo jeszcze wytrzymać. Będzie na mnie, że namówiłam do złego, ale jestem do tego przyzwyczajona. Wszak już w podstawówce katechetka ogłosiła rodzicom na zebraniu, żeby swoje dzieci z dala ode mnie trzymały, bo jestem szatańskim dzieckiem i na dobre się ze mną nie wychodzi! Moja biedna mama musiała takich bzdur wysłuchiwać, no przywaliłabym tej katechetce jakbym wiedziała! (a przecież nigdy jej tak naprawdę nie przywaliłam, nikomu zresztą, nawet jak miałam ochotę-czyli nie jestem taka bez reszty zła-wbijam noże wyłącznie w wyobraźni, strzelam tylko z palca lub palcami, nie realizuję WSZYSTKICH głupich pomysłów...no:) Reszta jest milczeniem.

niedziela, 19 lutego 2012

CORAZ BLIŻEJ ZWOLNIENIA DYSCYPLINARNEGO!:)))

Nie, to wcale nie dlatego, że w Tłusty Czwartek pojechaliśmy z Pawłem zobaczyć mieszkanie (bo ja nie widziałam efektów pracy naszego stolarza i strasznie już byłam ciekawa) i piękne jest (gdyby nie stos naszych rzeczy na sobie:)) Także nie dlatego, że wczoraj w 'OSTATKI' poszliśmy sobie do kina na 'Sponsoring' (bo chciałam zobaczyć Juliette Binoche, bo ją bardzo lubię i cieszę się, że zobaczyłam, film jest świetnie zrealizowany) ale to także pozostało niezauważone;) No dobra-aż tak się nie staram, bo wychodzę bocznym wyjściem i nim wracam, a mogłabym dzwonić domofonem i machać do pielęgniarek w dyżurce... Wybrykiem okazała się być pizza, którą zamówiłyśmy sobie z dziewczynami na kolację, bo tak nas jakoś poniosło w tę ostatnią sobotę karnawału... Pizza z pieczarkami, koleżanka nie musiała już tłumaczyć adresu ('ul. Smoluchowskiego-tak, tak, wiemy, sala numer 425, Was tam chyba w ogóle nie karmią?')
Przyjechał znajomy pan i dzwoni domofonem, akurat był taki niesympatyczny duet pielęgniarski-i one do niego-'A do kogo pan tu przyjechał?'; 'To chyba jakaś pomyłka' a my krzyczymy spod naszej sali-że 'tutaj, tutaj, to do nas!' a pani pielęgniarka- 'a wy otrzymujecie kroplówki z glukozy?' (to na wątrobę ewentualnie:) a my-'nieee' a ona- 'a nie wiecie, że pizza jest bardzo ciężkostrawna i też obciąża wątrobę?!' (a my mamy jeszcze zdrowe wątroby lub miałyśmy do wczorajszej pizzy;) więc ja jej na to (a to ciągle przez cały korytarz, bo nikt do nikogo się nie pofatygował:) 'to może mi pani coś załatwi na kolację, bo ja tu dostaję codziennie chleb z dżemem i potem jakoś głodna jestem' -pani pe-'a ja nic do tego nie mam' no i ja-'a widzi pani' w między czasie koleżanka zapłaciła panu z pizzerii, odebrała naszą pizzę i schowałyśmy się do sali. Pizza była taka sobie, ale ciepła i miała pieczarki, więc można było ją zjeść (ja wiem, że to zupełnie nie jest zdrowa kolacja ale przecież raz na rok jest ostatnia sobota karnawału a za nią już tylko post i post i post:) Około godziny 22 weszła do nas pani pielęgniarka i opieprzyła, że za głośno się zachowujemy (nie tańczyłyśmy, nie, nie, nie śpiewałyśmy gromkimi głosami także, po prostu rozmawiałyśmy i wybuchałyśmy co chwilę śmiechem jak co wieczór-nigdy nikt nie zwrócił nam uwagi!) a jest przed ciszą nocną i niektórzy już chcą spać a przez nas na pewno nie mogą (chciałam jej powiedzieć, żeby im powyłączała telewizory, bo mogą im też przeszkadzać, a oni o tym nie wiedzą, ale się mężnie powstrzymałam) Wyszła, więc obgadałyśmy ją po cichu, ja poszłam po ręcznik i kosmetyczkę, żeby się wykąpać, wróciłam i jeszcze usiadłam, bo tam się nie da inaczej, a panie pielęgniarki o 22 zapalają 'zabójcze lampy' czyli ultrafioletowe lampy bakteriobójcze w przedsionkach do każdej sali-i oczywiście znowu do nas włazi i do mnie po nazwisku-że mam wracać na swoją salę. A ja, że za chwilę, bo muszę się jeszcze wykąpać, a ona, że nie mogę się kąpać, bo jest już cisza nocna, a ja, że ja się bardzo cicho kąpię (tutaj nie śpiewam pod prysznicem) a ona, że taki jest regulamin. A ja-'czy w regulaminie jest zapis, że nie można się kąpać po 22?' a ona-'po 22 każdy pacjent powinien znajdować się na swojej sali i proszę tam natychmiast wracać'-wstałam i wyszłam (ale tętno mi się podniosło, więc poszłam sobie poćwiczyć moje rehabilitacyjne ćwiczenia oddechowe:) ale oczywiście wszystko tam zostawiłam i wiedziałam, że zaraz wrócę. Podczas ćwiczeń obmyślałam zemstę i się bardzo odprężyłam:) Najpierw chciałam na poważnie pani rzec, że 'nikomu tu dotąd nie przeszkadzało nasze przebywanie w trójkę ani to, że się kąpię po 22 a zawsze tak jest i pani jest pierwszą i jedyną osobą, której to przeszkadza, więc musi się pani głęboko nad sobą zastanowić, bo to oznacza, że problem jest w pani i może skontaktować z najbliższą poradnią psychologiczną...' Potem jakby się wkurzyła, to myślałam, że też się wkurzę i powiem, że jak chcę, to ja naprawdę mogę sprawiać dużo problemów i wzywać ją przez całą noc, bo jak mnie tak zdenerwowała, to ja i tak na pewno nie zasnę, więc pani też nie zaśnie, zapewniam panią;) Potem pomyślałam, że mogę zadzwonić po nią i powiedzieć, że mi się przypadkiem włączyło i nie wiem jak to wyłączyć, a ja chciałam lampę zapalić... Potem, żeby zebrać resztę śniegu z parapetu, wezwać i rzucić w nią kulkę i zawołać 'bałwan!' ale najlepszy pomysł wpadł mi podczas moich ćwiczeń, bo dołączam do nich odrobinę jogi i mam taką pozycję, która mi wychodzi w pełni tylko wieczorem, jak jestem dobrze rozgrzana i rozciągnięta-to jest zarzucenie nóg za głowę tak że kolana są przy ramionach a głowa między kolanami i jestem zwinięta jak ślimak i chciałam ją wtedy wezwać i powiedzieć, że się zaplątałam i nie mogę sobie poradzić i że chciałam tylko się tak przewrócić i widzi pani-zupełnie mnie pogięło:) Jak opowiadałam to Pawłowi, to moja współsalowiczka zaczęła się tak śmiać (a ja szeptem opowiadałam, a ta kurde-podsłuchuje!:) i powiedziała, że to ona by wezwała i powiedziała, że 'sąsiadka się zaplątała i tak leży od 15 minut i się nie rusza a ona nie jest pewna, czy ja oddycham' -to było dobre, to naprawdę było dobre. Naśmiałam się dziś w nocy! A głupich piguł nie wezwałam, bo patrzeć na nie nie mogę i i tak mi przyszły zmierzyć rano temperaturę o szóstej (a ja już od dwóch tygodni nie mam mierzonej, bo nie gorączkuję!) co za pindy mściwe! Nie nakryły mnie na nocnej kąpieli ale może podejrzewały, że i tak zbiegnę ze swojej sali. A mogłyby się zająć paleniem w łazience na korytarzu... piciem po salach (od niektórych pacjentów tak 'wali' że nie ma wątpliwości, że sobie 'poużywali') ale nie, regulamin to regulamin!

wtorek, 14 lutego 2012

Walentynki:)

Dobrą stroną szpitala jest fakt, że można z niego zniknąć na trzy godziny i to będzie NIEPOSTRZEŻONE ZNIKNIĘCIE:) Nieważne, że o 16 pielęgniarki powinny zmierzyć wszystkim temperaturę a koło 17 jest obchód wieczorny, ale wydaje się, że im mniej jest pacjentów, tym lepiej, bo nie trzeba sobie nimi głowy zawracać i nikt się nie interesuje pustym łóżkiem (zresztą mnie na nim w dzień i tak prawie nie ma;)
Rzeczywiście udało mi się wymknąć i zostałam porwana przez mojego ukochanego męża nad morze na romantyczny spacer po zaśnieżonej plaży wśród wygłodniałych mew i łabędzi, które rzucają się na każdego potencjalnego 'chlebodawcę' :) PIĘKNIE BYŁO!!!
Dziś na Pomorzu słońce i ciepło, morze spokojne, niemal bezwietrznie:)
Potem zjadłam pyszny obiad (niepalona kasza gryczana, quinoa czyli komosa ryżowa, fasolka Mung, warzywa duszone-tj.marchewka, pietruszka, seler, por i jabłko plus oliwa z oliwek i przyprawy prowansalskie-pycha, pycha, pycha!) w tawernie nadmorskiej, w której dostałam drinka gratis (z okazji Walentynek:) Oczywiście obiad pochodził z domu i zrobił go dla mnie Paweł a drinka musiałam oddać jakiemuś kolesiowi ze stolika nieopodal, bo nie mogę teraz ani grama alkoholu... A szkoda bo ładnie wyglądał choć głównie się składał z lodu;) ale był kolorowy i miał jakieś owoce w środku i lód rozproszony na brzegach szklanki:)
Widzieliśmy parę, która weszła do wody-on był jakimś południowcem, przynajmniej Mulatem a ona biała i bardziej wrażliwa na zimno-trochę nerwowo skakała w wodzie i potem przy wycieraniu, a on szedł niewzruszenie-taki prawdziwy facet-zanurzył się, odwrócił i wrócił spokojnym krokiem, potem powoli sięgnął po ręcznik, przyłożył tylko, nawet nie wytarł się do końca i już zaczął ubierać koszulkę;))
Ale to musi być frajda się tak wykąpać, choć jak dla mnie byli zdecydowanie za krótko i nawet się nie przepłynęli, a to bez sensu;) Moim marzeniem jest zamówić sobie wizytę w saunie obok plaży i potem prosto z sauny pobiec do morza... Czekam tylko na kompanów do realizacji tego planu, bo samemu to jakoś dziwnie i sauna droga;)) Ale dziś się nie wykąpałam, bo nie wiem jak by to się miało do mojej dalszej tutaj rekonwalescencji;)) No i ręcznika nie miałam-to też mnie tłumaczy:)
Cudowne Walentynki można sobie urządzić!!!

KOMENTARZE W MOJEJ GŁOWIE!

Nie wiem, co z tymi ustawieniami źle zrobiłam czy źle robię, ale fakt, że nie mogę uzyskać efektu, żeby można było komentować pod tymi napisanymi postami, ale może od nowych postów już będzie się dało to zrobić, więc umówmy się, że ja tutaj nic już nie napiszę, a wszelkie komentarze do mojej poprzedniej wytwórczości można napisać TUTAJ. W sensie tutaj pod tym postem. Bo tego posta nie ma co komentować, bo nic w nim nie napisałam. Kompletnie:) Sensu stricte. Pozdrawiam wszystkich potencjalnych komentatorów!:) Nawet jeśli komentują tylko we własnej głowie;)) Ale wolałabym, żeby napisali... No ale czasem się dzieci wtedy budzą i płaczą i trzeba uważać, by ich klikaniem nie obudzić... Wszystkiego najlepszego w Dniu Świętego Walentego!

blogu: Menu gołębi

nie wiem co z tymi komentarzami!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Menu gołębi

Gołębie jakie są-każdy widzi, ale co je tworzy-nie każdy wie:)
Nasze 'szpitalne gołębie' uwielbiają pokrojone kopytka i ciasto z mrożonych pierogów (wysysam ser lub truskawki) oraz ryż z marchewką i ziemniaki z zupy...
Wszystko to ląduje na parapecie (próbuję być wyrzucona dyscyplinarnie ale póki co przechodzi to niezauważenie;) a one z lubością podfruwają i połykają w całości wszystko, co się im podrzuci, rozrzucając czasem resztki dookoła siebie, gdy coś przyklei im się do dzioba-co sprawia, że resztki klusek i np.truskawek z pierogów lądują na szybie i wygląda ona... delikatnie mówiąc coraz mniej przejrzyście:)
Zewsząd mnie chciano wywalić dyscyplinarnie (z koloni, obozu żeglarskiego, szkoły muzycznej, zajęć z dermatologii na studiach jak było o kile narządów płciowych etc...) ale zawsze jakoś się udawało i ktoś się litował i zostawałam. Tym razem to ja chcę:) Jutro są Walentynki i uciekam nad morze! Mój mąż na szczęście współpracuje, inaczej nie miałabym szans!:) Nie miałabym zresztą nawet ochoty spędzać to święto gdzieś bez Niego, a to akurat On wymyślił:) Ja wymyśliłam, żeby uciec na ślub do naszych przyjaciół w pewną sobotę, ale to jeszcze dalekosiężne plany... A tu już jutro TAKA OKAZJA!:)) Następna będzie w Tłusty Czwartek, potem w Dzień Kobiet i nie wiem, co jeszcze się w marcu nadarza... Ach, jak mnie przyłapią, to pewnie będą tylko nieprzyjemności a o wywaleniu dyscyplinarnym nikt nawet nie wspomni:( "Bo tutaj jest jak jest..."
Wczoraj moja Pani oglądała o odchudzających się Amerykanach-w sześć tygodni waga kogoś spadła ze 116kg do 99kg 'brawo, brawo! wielki sukces! należy się wizyta u fryzjera gwiazd!' Strasznie głupie te programy-króluje tvn i tvn-style... Uciekam do koleżanek z innej sali z napisem "IZOLACJA" (śmiejemy się, że łóżko polowe tam wstawię i będę waletować:) wczoraj wróciłam chwilę przed północą (przynajmniej się w nic okropnego nie zdążyłam zamienić i nikogo nie wystraszyłam po drodze;) i pani grzecznie potem wyłączyła telewizor. Uff-wychowałam ją!:) Co za ulga!
Śmieszną miałam sytuację obchodową-nowa lekarz, bardzo młoda, mówię-wie pani, takie mam dziwne wrażenia oddechowe, jak zrobię głębszy wdech-to tu mi tak trzeszczy, a ona (jak w dowcipie, ale bardzo poważnie) -to może niech pani tak głęboko nie oddycha?
Zdębiałam:)
Potem miałam rehabilitację i mówię to samo rehebilitantce-a ona-'to tarcie opłucnowe- trzeba jak najwięcej robić takich głębokich wdechów, żeby to puściło'
Nie umiałam się nie roześmiać:)
Jestem w szpitalu klinicznym, widziałam dziś studentów jak się przebierali i spieszyli na wykład i stwierdziłam, że nie wyróżniałabym się wśród nich za bardzo i poszłabym sobie na te wykłady, gdyby nie były w okolicach naszej odprawy...
Fajnie, coś bym sobie poprzypominała o chorobach zakaźnych i czas by zleciał...
A jak się powinno chodzić, to się nie chodziło i tak było szkoda czasu;))
Takie śmieszne to życie z różnych perspektyw...
Tylko mojego synka mi szkoda, że widzi mnie teraz tylko za szybą komputera i nie może mi się władować na plecy (jak lubił najbardziej poza przyssaniem się po drugiej stronie:) i on ma taką teraz perspektywę a ja nie wiem, jak to na niego wpłynie...

niedziela, 12 lutego 2012

PIERWSZY ZGRZYT

Wczoraj moja Pani oglądała programy w stylu: 'zabawy erotyczne przy udziale akcesoriów' i- wprawdzie już wychodziłam do koleżanek- ale nie mogłam nie usłyszeć, jak pani w telewizji zapewniała, iż "mężczyźni uwielbiają współżycie z "globulką rozkoszy", bo też lubią poślizg i miękkość" a następnie radziła, jak namówić swojego partnera na zabawę z wibratorem. To było tak: "Rysiu? Wiesz, że Cię uwielbiam w łóżku i jest mi z Tobą taaaak dobrze? A wiesz, Rysiu (tu trzeba powołać się na jakiś autorytet zewnętrzny) czytałam w gazecie, że są takie miejsca, gdzie można dostać takie akcesoria do zabawy podczas seksu, a co Ty o tym myślisz, Rysiu??? Bo ja już coś mam!!!:) Pokażę Ci!"
Naprawdę się wyedukuję w tym szpitalu!:)
Jak wróciłam, to leciał z kolei program o tym, jak nastolatki zachodzą w ciążę i potem "jakoś" sobie radzą i nie usuwają tej ciąży ani nie oddają dzieci do adopcji... Próbowałam zatkać sobie uszy słuchawkami z 3, bo akurat leciało 'Mało Obiektywnie' a ja lubię... ale i tak się przebijała telewizja, co wzmagało moje wkurzenie (było po 23 i pamiętałam poprzednią noc) Czytałam i myślałam, że wytrzymam do północy i znowu coś powiem. Nastała dwunasta, zgasiłam światło, poczekałam chwilę i rzuciłam na tę samą modłę-długo jeszcze będzie pani oglądać? Bo jest dwunasta. Pani-"nie, nie, jeszcze tylko ten program do końca i potem będzie serial"
Kurde. To znowu zatkałam sobie uszy i przykryłam się poduszką, ale dalej trochę słyszałam i migało w całej sali-bo to wystarczy, że się ekran od okna odbija-i strasznie przeszkadza, jak ktoś nie umie przy telewizorze zasypiać...
W końcu wkurzenie moje osiągnęło jakiś punkt krytyczny, usiadłam na łóżku i mówię-Ale to tak nie może być, że pani sobie ogląda, a ja nie mogę zasnąć! Od 22 tu obowiązuje cisza nocna, a ja do 24 wytrzymuję ten telewizor ale potem już nie.
To ona-"a jak ty się wydzierasz codziennie popołudniami do swojego dziecka, to ja też nie mam chwili spokoju!" (to o rozmawianiu przez skype'a)
ja-ale wtedy nie ma ciszy nocnej, a teraz tak i proszę to natychmiast wyłączyć!
Wyłączyła, powtórzyła o wydzieraniu się i wyszła na papierosa. Ale mnie wkurzyła podwójnie! Nie odzywamy się teraz do siebie oczywiście. Beznadziejna sytuacja, naprawdę! Chyba będę się domagać przeniesienia gdziekolwiek:) Najlepiej bym się przeniosła do domu! Tęsknię za Krzysiem, dobrze że chociaż mogę się na niego pogapić przez tego skype'a! Też mnie to wkurza, że nie mogę przejść przez ekran, a w niektórych momentach mam straszną ochotę... ale nie jest to niestety urządzenie do produkowania stanów splątanych i teleportacji i próbuję się z tym pogodzić.

sobota, 11 lutego 2012

"współsalowiczka"

Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, jak się człowiek przeprowadza i nagle dookoła niego 'ujawniają' się różni sąsiedzi... Można trafić cudownie a można fatalnie-ot, los, traf, szczęście, pech! Tak samo jest w szpitalu, tylko trochę gorzej;)
Z sąsiadami nie trzeba spać i dzielić wspólnej toalety... wspólnego powietrza na sali i 'wspólnego' telewizora!
Mi się nadarza trafić na starszą panią (z którą kojarzy się bardzo niedobrze tytuł pewnego filmu-wolę nie pisać:) która od razu mówi, że jest Grażyna i ma marskość wątroby przez 'błędy młodości'... Hmm... potem mówi, że już się teraz musi dobrze prowadzić-"wiesz, żadnego alkoholu ani narkotyków"-kiwam głową ze zrozumieniem... Następnie wyciąga z szafki paczkę papierosów (oddział chorób płuc!) to już reaguję- -pani pali? przy pani chorobie? ale tu nie wolno?
Ona-"aa, mam swoje miejsca... nie wolno mówić. Bo można mandat dostać. Nie wolno mówić"
No pięknie-myślę, znam te miejsca-to się nazywa łazienka. Wszyscy tam łażą i palą przy otwartym na oścież oknie-mróz czy nie mróz... Masakra.
-A nie myślała pani, żeby rzucić? Tu w szpitalu, jest okazja... A przy tej chorobie naprawdę nie powinna pani...
-"Ale co mam zrobić, no co mam zrobić? Nie mogę, ja się zawsze denerwuję, jak nie mam."
No tak-jedyne, co jej zostało z 'błędów młodości'... a tak to się musi 'dobrze prowadzić'
Co za wyrażenie w ogóle! "DOBRZE SIĘ PROWADZIĆ" -jakbyśmy byli kierowcami swoich ciał... no ale w sumie tak jakby jesteśmy... tylko nie od początku... najpierw nami kierują... nie mamy wpływu na to, czy urodzimy się i będziemy pieszczeni i całowani, myci i kremowani, czy bici i zaniedbywani... a potem sami się zaniedbujemy, bo nikt nas nie nauczył, jak o siebie dbać? Nikt nie szanował więc nie szanujemy, nie znamy takiego 'stylu życia', 'sposobu postępowania'... Możemy czuć, że coś jest nie tak, ale nie wiemy co i jak to zmienić? I potem zostajemy współsalowiczką jakiejś pani, której się nie podoba, że nie pachniemy i biegamy 'zafajczyć' (a przecież 'wszyscy zawsze fajczyli w naszym otoczeniu')...
Zrozumienie? Ale to nic nie zmienia!
Pani ogląda w nocy telewizję, po północy robię się wkurzona, bo i bez tego trudno mi tu zasnąć-pytam-a ten telewizor to tak całą noc ma grać? A ona-"jeszcze tylko po tym, będzie 'Kuba Wojewódzki'" -na to ja wkurzona-Ale już jest po dwunastej!
A ona-"ale 'Kuba Wojewódzki' a ja ostatnio nie oglądałam..."
Normalnie rozbrajające!
Włożyłam stopery do uszu, nakryłam się poduszką i mówiłam do siebie, że jak będę zła, to już na pewno nie zasnę i muszę się uspokoić i jakoś odpłynęłam na szczęście, ale nie wiem, jak to zaakceptować, nienawidzę telewizora, przeszkadza mi!
W innym pokoju mam dwie koleżanki, jeszcze bardziej krytyczne niż ja;)
Chciałyśmy być razem, ale z przyczyn 'sanitarno-epidemiologicznych' nie możemy i tylko przesiaduję u nich całymi dniami poza rozmowami z moimi mężczyznami na skype, odwiedzinami Pawła i porami posiłków. Tempus fugit. Prawie nie mam czasu na książki i gazety-a przecież mam tu mnóstwo czasu! Ach, ten czas, Pan Czas! Jest tak jak na podwieczorku u Szalonego Kapelusznika w "Alicji w Krainie Czarów"... ciągle się trzeba przesiadać i wciąż stygnie herbata:) Życie.

środa, 8 lutego 2012

O TYM JAK NIC SIĘ NIE DZIEJE

Nie jest fajnym stanem stan, w którym subiektywnie nic się nie dzieje.
Nie wiem, być może jest to stan pożądany w pewnym wieku, może gdy ktoś jest bardzo zmęczony, zestresowany etc... Ale przez ogólną wyobrażoną przeze mnie 'zdrową większość' chyba nie?:) Tak jest w szpitalu, choć tu się przecież obiektywnie strasznie dużo dzieje: przed szóstą rano wpada z impetem pielęgniarka zmierzyć temperaturę (niezależnie od dyżuru-wszystkie robią to właśnie 'z impetem' że człowiek ma się ochotę poderwać na równe nogi i wstać na baczność na jakiś apel, wartę czy wahtę- za wiele pobytów na obozach?) potem już z korytarza dochodzą odgłosy pani sprzątającej korytarz, obcasów pielęgniarek przychodzących na zmianę o siódmej, obcasy pielęgniarek kończących swoją nocną zmianę, obcasy lekarek przychodzących do pracy, buty zmienne pielęgniarek roznoszących leki, buty pań podających śniadanie i ich krzyki pod każdymi drzwiami "ŚNIADAANIE!"-pełne jakiejś irytacji jakby, że się nie stoi przed drzwiami i nie czeka, żeby zabrać zaraz ten talerz z zupą najlepiej razem z tym drugim z chlebem i dżemem... Za długie zdanie skonstruowałam;) Potem jest obchód, ale tylko przez lekarza prowadzącego, bo im się nie chce tu pochodów trzeciomajowych uskuteczniać (i słusznie, słusznie, to chyba mało miało sensu, ale nie wiem...) Potem badania diagnostyczne-jeśli akurat się trafią-można pojechać karetką do nieopodal stojącej Akademii Medycznej na tomografię komputerową, gdzie można spędzić coś koło czterech godzin w kolejce oczekujących i czas wtedy 'zleci', można iść do pracowni rtg i też się naczekać, ale wtedy można wyjść na zewnątrz i gapić się na koty, których jest tu cała sfora niesamowita i pobudowane mają domki, pod którymi poustawiane pełne miseczki jedzenia, dobrze mają! No i się dzieje jednak, prawda? Ale jak się akurat nie ma badań (bo to niecodzienna atrakcja, raczej pojedyncza na cały pobyt) to trzeba zostać w pobliżu łóżka i słuchać z korytarza odgłosów 'życia' w postaci pokrzykujących coś do siebie pacjentów- "Romek, wziąłeś tabletki?!" "Oglądamy serial?!" "Obiad! żartowałem" "I chcą mnie tu trzymać dwa miesiące, ich chyba po...liło!!!" "Przychodzi ktoś do ciebie dzisiaj? To niech fajki przyniesie" etc.etc...
Można by było się włączyć-to by się działo! A wykształciuchy siedzą zamknięci w pokojach i na wszystko narzekają! Na smród papierosów na korytarzu, na smród papierosów w łazience, na lodowate zimno w łazience od co chwila otwieranego okna, na zapach przetrawionego alkoholu w pobliżu niektórych pacjentów, na beznadziejne jedzenie... nic im się nie podoba, nic. Tacy niezadowoleni to mogą nie wyzdrowieć? To może się przełożyć bezpośrednio na ich układ immunologiczny, spowodować przewlekły wzrost poziomu kortyzolu, falowy wzrost poziomu adrenaliny i będzie się inteligent czy pseudointeligent w chorobę zapadał:( To niebezpieczne i wysoce niestosowne. Trzeba być otwartym na nowe!:) Na ludzi i świat (nawet świat korytarza!)
Ale i tak niewiele się dzieje... Popołudniu już w ogóle zostają tylko odgłosy przeróżnych butów odwiedzających i wieczornej zmiany pielęgniarek oraz korytarzowego telewizora-najgłośniej reklamy oczywiście. Ale takiego dziania się, że człowiek w tym uczestniczy-takiego wzięcia udziału w jakimś przedsięwzięciu-choćby zrobienie obiadu czy porządku-jak tego brakuje w szpitalu! Jak nigdzie na świecie:) Na wakacjach się nie miewa takich problemów... mogą sprzątać pokoje i podawać do stołu i człowiek to jakoś wytrzymuje dzielnie:) A w szpitalu nie. W szpitalu ma się ochotę to zrobić, robić najgorsze rzeczy w domu-myć kibel i czyścić buty, byle w domu, w domu, w domu! To jest właśnie niebezpieczny wpływ szpitala na wykształciucha. Bardzo niezdrowe podejście do życia: nie ma się ochoty o siebie zadbać, odpoczywać, 'skupić się na sobie, na swoich potrzebach'... bo jasny gwint-ileż się można na sobie skupiać???? Się tak przebywa samemu ze sobą i się ma nagle już siebie dosyć! Już powyżej uszu się ma swoje własne myśli, zamknięte dialogi, po wiadomych torach biegnące pomimo puszczonych wodzy fantazji... Ja chcę do mojego dziecka i zmienić mu pieluchę!!! Marzę o zmianie pieluchy, myciu pupy i takich tam...
A tu się nic nie dzieje i zwariować można!

wtorek, 7 lutego 2012

POLSKA SŁUŻBA ZDROWIA

Nic bardziej nie skłania do refleksji nad kondycją tytułowej 'służby' jak znalezienie się w 'jej rękach'...tak "Na dobre i na złe" i jest ciężko...
Przyjęcie do szpitala jeszcze w miarę sprawnie (choć przedtem trzeba było czekać w poczekalni lekarza rodzinnego godzinę na krzesełku plastikowym pośród kaszlących dzieci, co czasami bywa bardzo trudne, męczące i frustrujące-ale mniejsza!) ale dalej już wszystko opieszale... Diagnostyka przedłużająca się w nieskończoność! Oczekiwanie na wynik tomografii komputerowej-półtora tygodnia (nie ma radiologa? pulmonolog nie umie zinterpretować badania, które sam zlecił? dlaczego???) Odechciewa się zdrowieć z poczucia beznadziei i bezradności oraz strachu, 'co też tam wyjdzie?' ...
Nie mówiąc już o warunkach 'socjalnych' w samym szpitalu-jedzenie okropne i bezwartościowe (na śniadanie-chleb z dżemem, na obiad-zimne kopytka bez niczego, na kolację- chleb z dżemem/ to oczywiście wersja wegetariańska posiłków) bez 'dokarmiania z zewnątrz' bym nie przeżyła na tej karmie, a raczej osłabiła się jeszcze bardziej. A i tak byłam mocno osłabiona! Nie wiem skąd mi się wzięło wysiękowe zapalenie opłucnej, skoro byłam przekonana, że mam grypę, ale wzięło się i trzeba było rzucić wszystko i przenieść się do tego piekiełka, w którym pacjenci palą w łazienkach, skąd nie dość, że ciągle śmierdzi, to jeszcze zimno wieje, bo okna otwierają, żeby się dym z mrozem wymieszał... A moje dziecko trzynastomiesięczne zostało z tatą, nagle bez zawsze dostępnego mleka, piersi i ciepła i nie mogło tego objąć jeszcze swoim bardzo małym rozumkiem! Musi być dzielny i jest, a jak słyszy mój głos przez telefon, to mówi 'mami' a ja wtedy ryczę jak bóbr i to ja sobie gorzej radzę z tą sytuacją niż On. Mój dzielny synek Krzyś. Mój bohater:) Jak się tak mówi do Niego, to podnosi obie ręce do góry, że taaki jest właśnie dzielny, ale robi tak, bo widzi, że nam się podoba i tacy dumni z niego jesteśmy, no to powtarza... Cudowne było Go karmić od początku do teraz, bo zdawał się coraz bardziej tym cieszyć i coraz lepiej okazywał jak bardzo to lubi. Już nie będę mogła do tego wrócić, bo nawet jak wyjdę za tydzień (a tak mi obiecują) to na lekach, których On nie może dostać, pokarm mi się prawie skończył i powinnam przyzwyczaić go do nieprzerwanego snu nocnego (bo Krzyś ze trzy, cztery razy potrafił się jeszcze budzić i przysysać, co sprawiło, że od trzynastu miesięcy nie przespałam ciągiem dłużej niż cztery godziny-i-jak widać-nie odbiło się to najlepiej na moim zdrowiu...) No dobra-to było oczywiste! Byłam przemęczona i przewlekle niewyspana, zestresowana i zdenerwowana (czyt.drażliwa;) ale CO MIAŁAM ZROBIĆ??? Wciąż zadaję sobie to pytanie i nie znajduję odpowiedzi... Pewnie powinnam spać z Krzysiem, odpoczywać w dzień, ale ja nigdy nie spałam wcześniej w dzień i wkręciłam sobie, że nie umiem, poza tym zawsze było pełno roboty! Strasznie się można zapędzić samemu w taki kozi róg i jak KTOŚ się nie znajdzie i nie wyprowadzi, to człowiek tam tkwi i się męczy... Miało być o służbie zdrowia, a zrobił się publiczny pamiętnik... Ciągle chciałam tego uniknąć, bo pamiętnik piszę sobie prywatnie i to jest sprawa wielce intymna uważam, ale samo mi się już napisało i popłynęło strumieniem świadomości... Nic takiego w sumie. Jakichś wielkich tajemnic nie odsłaniam:)
Chciałam odsłonić tajemnice czyli kulisy służby zdrowia, bo nie każdy o tym wie, kto nie musiał tego doświadczyć na własnej skórze... I powiem szczerze, że to jest wielki, porządny argument za tym, żeby wyjechać z tego kraju. Naprawdę. W trosce o własne zdrowie i zdrowie swoich dzieci. Niemcy, Szwajcaria, Francja, Norwegia, Szwecja... nie wiem jak gdzie indziej, ale w tych państwach WIEM, że jest dobra organizacja i lepszy poziom usług lekarskich. Wielka Brytania odpada-koledzy mówią, że ogólny chaos, dezorientacja i dramat-to tak jak u nas:)
I co z tą służbą zdrowia? Że trzeba zakasać rękawy i zmieniać? To na pewno, ale ile to czasu i woli wielu ludzi trzeba, żeby coś się ruszyło... Pokolenia!