Gdybym miała kabelek do przesyłania treści z komórki na notbuka (if not buk-I don't know?!;) to umieściłabym tu zdjęcie prosto z dachu szpitala Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych, bo sobie strzeliłyśmy nawzajem z koleżanką, jak strzeliło nam do głowy, by na dach wyjść... To chyba był mój pomysł, ale nie zarzekam się-wyszłam pierwsza, ale koleżanka "Emila" (imię zmienione i wszelkie podobieństwa do autentycznej postaci jest czystym przypadkiem;) pobiegła do przodu śmiejąc się do rozpuku. Jak my się śmiałyśmy!!! Śmiałyśmy i wrzeszczałyśmy z góry, że mamy już dość tego szpitala:)) Wyjście na dach jest wyzwalające! Wyzwala uczucie wolności i niezależności w obliczu szpitalnego zniewolenia... Wydaje się, że można nawet wygrać z GRAWITACJĄ!:) To ja odkryłam, że jak się wejdzie na sam szczyt szpitala, to jest taka nadbudówka w tym miejscu i wchodząc jeszcze wyżej pod drzwi z napisem 'maszynownia', widać dach z kominami, panoramę Gdańska z piękną złotą obręczą czyli nową PGE-Areną a dalej morze i przy ładnej pogodzie nawet Półwysep Helski... Odtąd wchodzimy tam codziennie mówiąc, że 'idziemy nad morze' ale dopiero wczoraj zachciało nam się otworzyć okno (przymknięte cegłówką i mające sprawiać wrażenie zamknięcia na kłódkę-ale to może na kimś bardzo niedowidzącym;) i wyjść na zewnątrz, ponieważ piękna pogoda była, a do wyjścia wystarczył jeden krok-no to się wiele nie zastanawiałam (w ogóle obawiam się, że mogłam tego nie zrobić?:) i to było świetne!!!:) Zdjęcie to będzie ostatnim argumentem dla pani ordynator, do której wybieram się w poniedziałek, żeby powiedzieć, że muszę już wyjść nawet jeśli ona nie ma tego samego zdania... Po prostu nie może tak być, że pacjenci oddziału zakaźnego łażą po dachach jak jakieś koty! A nawet koty tak wysoko nie wchodzą!:)) To nie uchodzi i dlatego należy nas jak najszybciej wypisać, bo to może być wstyd na całe miasto, na województwo, na cały kraj być może! Być morze...
Nad morzem byłam w weekend, bo było cudne słońce i błękitne niebo, więc nie mogłam tu siedzieć przecież. Pies z kulawą nogą się nie zainteresował;)) Nie żebym tak bardzo chciała się komuś z czegoś tłumaczyć, ale jakiś cień szansy na zwolnienie dyscyplinarne by się pojawił, a tu nic;)) Wprawdzie odkąd mieszkamy razem z dziewczynami, nasze samopoczucie znacznie się poprawiło, ale doprawdy trudno już wytrzymać na tych pręciastych łóżkach wśród nocnych hałasów z góry (dziecięcy oddział chorób zakaźnych)z dala od naszych osobistych facetów i dzieci... Zbyt dobrze się czujemy, żeby tu długo jeszcze wytrzymać. Będzie na mnie, że namówiłam do złego, ale jestem do tego przyzwyczajona. Wszak już w podstawówce katechetka ogłosiła rodzicom na zebraniu, żeby swoje dzieci z dala ode mnie trzymały, bo jestem szatańskim dzieckiem i na dobre się ze mną nie wychodzi! Moja biedna mama musiała takich bzdur wysłuchiwać, no przywaliłabym tej katechetce jakbym wiedziała! (a przecież nigdy jej tak naprawdę nie przywaliłam, nikomu zresztą, nawet jak miałam ochotę-czyli nie jestem taka bez reszty zła-wbijam noże wyłącznie w wyobraźni, strzelam tylko z palca lub palcami, nie realizuję WSZYSTKICH głupich pomysłów...no:) Reszta jest milczeniem.
wtorek, 6 marca 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
SKOMENTUJ PROSZĘ!:)